piątek, 30 listopada 2012

"Zew krwi" - Jack London

....

    Ale Buck posiadał jedną zaletę, która stanowi o wielkości — wyobraźnię. Walczył kierując się instynktem, lecz mógł również walczyć kierując się rozumem. Skoczył na Szpica, jak gdyby chciał zastosować poprzedni manewr uderzenia barkiem, ale w ostatniej chwili przypadł nisko do ziemi i chwycił zębami lewą przednią łapę wroga. Rozległ się trzask łamanej kości i biały pies musiał walczyć dalej na trzech nogach. Trzykrotnie Buck próbował go powalić, aż wreszcie powtórzył manewr i złamał Szpicowi przednią prawą łapę. Pomimo bólu i bezradności, Szpic starał się rozpaczliwie stawić mu czoło. Widział, że milczący pierścień psów o płonących ślepiach i wywieszonych jęzorach, osnuty srebrzystymi oparami oddechów, zacieśnia się wokół niego, tak jak kiedyś zacieśniały się inne pierścienie dookoła zwyciężonych wrogów. Ale tym razem on został zwyciężony.
      Nie było dla niego nadziei. Buck był bezlitosny. Litość istniała tylko w ciepłych krajach. Teraz zbierał się do ostatecznego ciosu. Pierścień zacieśnił się tak, że czuł na sobie oddechy husky. Widział je za plecami Szpica i po obu bokach, prężące się do skoku ze ślepiami wlepionymi w ofiarę. W walce jak gdyby nastąpiła przerwa. Psy zamarły w bezruchu jak skamieniałe. Tylko Szpic drżał i jeżył sierść, zataczając się i warcząc przeraźliwe groźby, jakby chciał odstraszyć nadchodzącą śmierć. Wtedy Buck skoczył, jeszcze raz uderzając barkiem o bark. Ciemny pierścień zamknął się tworząc plamę na śniegu, co srebrzył się w świetle księżyca. Szpic znikł z oczu. Buck stał i patrzył. Wygrał walkę. Pierwotna bestia zabiła ofiarę i poczuła smak zwycięstwa.

....

Tekst pochodzi z książki pt. "Zew krwi" autorstwa Jacka Londona wydanej przez Krakowską Oficynę Wydawniczą w 1991 roku.




"Zew krwi" jest to niewątpliwie najbardziej znana powieść Londona, która nawiązuje do przeżyć autora  na Alasce. Opowiada o psie - Bucku. Buck to mieszaniec owczarka i wilczycy, który swą młodość spędza w komfortowych warunkach mieszkając u pewnego sędziego na Południu Stanów Zjednoczonych. Pewnego dnia zostaje jednak porwany, odtransportowany na Północ i zmuszony do uciążliwej pracy w zaprzęgu. Uczy się walki o byt, odkrywa w sobie pierwotną bestię, uczy się też miłości do człowieka, a ta miłość rodzi się dopiero po wielu bolesnych doświadczeniach, wcześniej najgłębszym uczuciem, którego doświadczył było przywiązanie.

Książka ukazuje, jak ważny dla przetrwania jest instynkt, jak ważna jest siła i jak dla tego celu niezbędnym jest nauczenie się praw natury, według których zawsze zwycięża silniejszy, a nie ten bardziej cywilizowany. Uczynienie z psa głównego bohatera, pozwala nie tylko zwrócić uwagę, na trudy z jakimi borykają się zwierzęta zmuszane do niezwykle trudnej pracy, co jest oczywiście głównym tematem książki, ale pozwala też na refleksję nad kondycją ludzką - w powieści pojawiają się, jako postaci drugoplanowe, różni ludzie - i ci lepsi i ci gorsi, i ci którzy okazują serce innym i ci bezwzględni, liczący się tylko ze swoim dobrem. 

 Styl pisarza jest przystępny, a nawet można powiedzieć bezbłędny. Opisuje z rozmachem trudne warunki życia w mroźnej Północy, ukazując przy okazji piękno tych surowych warunków. Wnika, wydaje się z łatwością, w psychikę zwierząt opisując bardzo sugestywnie ich zachowania.   

 Jednak tematyka, kojarząca mi się z kagankami oświaty i dziećmi pieczonymi w piecach, nie odpowiada mi zupełnie, tym niemniej to tylko moja opinia...





Jack London urodził się 12 stycznia 1876 roku w San Francisco, zmarł 22 listopada 1916 roku. Naprawdę nazywał się John Griffith Chaney, nazwisko przejął od ojczyma. Był samoukiem (uciekł ze szkoły), a wiedzę zdobywał dzięki licznym zawodom, których się imał - był rybakiem, robotnikiem, marynarzem. Wstąpił na uniwersytet po czteroletnim kursie szkoły średniej, jednak szybko zrezygnował z nauki na rzecz poszukiwania przygód i złota. Odsiedział swoje w więzieniu za włóczęgostwo. Brak pieniędzy sprawił, że postanowił zająć się pisaniem. U szczytu sławy popełnił samobójstwo w swoim domu, tzw. Wolf House.



_______________________________________________________________________
Książkę przeczytano w ramach wyzwań: 52 książkiZ literą w tle, Z półki

"Golem XIV" - Stanisław Lem

....
      Oceny wasze są skutkiem ignorancji technologicznej. Skala trudności budowlanych jest w swojej rozpiętości rzeczywistej niedostrzegalna dla obserwatorów, ulokowanych wcześnie w czasie historycznym. Wy już wiecie, że trudniej zbudować samolot od parostatku, a rakietę fotonową od chemicznej, natomiast dla Ateńczyka starożytności, dla poddanych Karola Młota, dla myślicieli Francji andegaweńskiej te wszystkie wehikuły zlewałyby się w jedno — niedostępnością ich budowy. Dziecko nie wie, że trudniej jest zdjąć Księżyc z nieba niż obraz ze ściany! Dla dziecka — tak jak dla ignoranta — nie ma różnicy między gramofonem i GOLEMEM. Jeśli tedy zamierzam dowodzić, że Ewolucja z wczesnego mistrzostwa zabrnięcia w partactwo, niemniej będzie mowa o takim partactwie, które dla was wciąż jeszcze jest wirtuozerią nieosiągalną. Niczym ten, kto bez przyrządów i bez wiedzy stoi u podnóża góry, nie możecie ocenić właściwie wyżyn i nizin ewolucyjnego działania.
      Pomyliliście dwie zupełnie różne rzeczy, uznając stopień złożoności budowanego oraz jego stopień doskonałości za cechy nierozłączne. Glon macie za prostszy — a więc prymitywniejmy, a więc niższy od orła. Lecz ów glon wprowadza fotony Słońca w związki swego ciała, on obraca opad kosmicznej energii wprost w życie i będzie dlatego trwał po kres Słońca, on żywi się gwiazdą, a czym orzeł? Myszami, jako ich pasożyt, myszy zaś korzeniami roślin, więc lądowej odmiany glonu oceanicznego, i z takich piramid pasożytnictwa cała biosfera się składa, bo zieleń roślinna jest jej opoką życiową, więc na wszystkich poziomach tych hierarchii trwa ciągła zmiana gatunków, pożeraniem się równoważących, bo utraciły łączność z gwiazda, i sobą, a nie nią tuczy się wyższa złożoność organizmów, więc jeśli już koniecznie chcecie tu perfekcję czcić, podziw należy się biosferze: kod powołał ją, aby w niej cyrkulować i rozgałęziać się, skandowaniem na wszystkich jej piętrach, jako chwilowych rusztowaniach, wikłających się, lecz energią i użyciem jej coraz prymitywniejszych.
      Nie dowierzacie mi? A więc gdyby Ewolucja uprawiała postęp życia, nie kodu, to orzeł byłby już fotolotem, nie zaś mechanicznie trzepoczącym szybowcem, i żywe nie pełzałoby, nie kroczyło, nie żarło żywego, lecz niezależnością zdobytą wyszłoby poza glon i poza glob, wy jednak, z głębi swojej ignorancji, upatrujecie postęp w tym właśnie, że pradoskonałość została utracona, zgubiona podczas drogi wzwyż — wzwyż komplikacji, nie postępu. Toż potraficie sami rywalizować z Ewolucją, lecz tylko w regionie późnych jej tworów — budując czujniki wzrokowe, termiczne, akustyczne, naśladując mechanizmy lokomocji, płuca, serca, nerki — lecz gdzież wam do owładnięcia fotosyntezą lub trudniejszą jeszcze techniką języka sprawczego. Głupstwa, wyartykułowane w tym języku, imitujecie, czy to wam nie świta?
       Ten język, konstruktor w potencjach nieprześcigniony, stał się nie tylko napędzonym usterkami motorem Ewolucji, lecz i potrzaskiem.
....


 Fragment pochodzi z książki pt. "Golem XIV" S. Lema wydanej w 1981 roku przez Wydawnictwo Literackie.


Wielkość urojona...?


Golem jako wynik kreacji człowieka na podobieństwo kreacji boskiej, zgodnie z legendą miał być istotą pozbawioną własnej woli, rozumu i mowy. Tymczasem tytułowy GOLEM XIV odbiega od tego wizerunku zasadniczo, gdyż, owszem, stworzony został przez człowieka, ale rozumowaniem  człowieka przerósł o całą galaktykę.

Książka składa się z dwóch wykładów superkomputera, poprzedzonych wstępem i z zakończeniem autorstwa naukowców, którym dane było z Golemem - tym właśnie superkomputerem - obcować. Pierwszy wykład zawiera krytykę ewolucji i jej tworów, jako istot celowych i rozwijających się (czyt. osiągających kolejny poziom skomplikowania), podkreśla zaś zasadniczość transmisji kodu genetycznego. Drugi wykład dotyczy Rozumu, jego ewolucji i jego usytuowania wobec Bytu.

Jest to ewidentnie książka filozoficzna, bardzo poważne i jakże trudne rozważania na temat ewolucji, miejsca człowieka we wszechświecie, możliwości jego rozwoju, jego małości, na temat błędów popełnianych raz po raz, w wyniku czego człowiek, język, kultura, Rozum, wszechświat ewoluują w takim a nie innym kierunku. Jest to też pean na doskonałość technologii, jako jedynej rozsądnej drogi rozwoju (w przeciwieństwie do natury).

Trudno się czyta tę książkę, oj trudno. I nie chodzi bynajmniej o język, którym tytułowy Golem się posługuje, choć nie da się ukryć, że ci, których język naukowy nie przekonuje, nie będą lekturą pewnie zachwyceni. Chodzi raczej o ciężar smutku, jaki pozostaje po lekturze, bo prawda o człowieku może czasami bardzo zasmucić....



 
        Stanisław Lem urodził się 12 września 1921 roku we Lwowie, zmarł 27 marca 2006 roku w Krakowie. Czołowy przedstawiciel polskiego nurtu fantastyki naukowej. Rozpoczął studia medyczne we Lwowie, przerwała je jednak inwazja niemiecka w 1941 roku, wrócił na studia w 1944 roku. Za sztandarowe dzieła w dorobku pisarza uznaje się "Solaris" i "Powrót z gwiazd".
      "Golem XIV" składa się z przedmowy, dwóch wykładów GOLEMA XIV - maszyny cyfrowej obdarzonej sztuczną inteligencją znacznie przewyższającej ludzką - oraz zakończenia.





______________________________________________________________________
Książkę przeczytano w ramach wyzwań: 52 książki, Z literą w tle, Trójka e-pik, Z półki, Polacy nie gęsi

czwartek, 29 listopada 2012

"Mały książę" - Antoine de Saint-Exupery (fragm.)


....
- Proszę cię, narysuj mi baranka ...
Zawsze ulega się urokowi tajemnicy. Pomimo niedorzeczności sytuacji - byłem bowiem o tysiąc mil od terenów zamieszkałych i grozi mi niebezpieczeństwo śmierci - wyciągnąłem z kieszeni kartkę papieru i wieczne pióro. W tym momencie przypomniałem sobie, że przecież uczyłem się tylko geografii, historii, rachunków i gramatyki, więc zmartwiony powiedziałem chłopcu, że nie umiem rysować. Ale on odrzekł:
- To nic nie szkodzi. Narysuj mi baranka.
Ponieważ nigdy w życiu nie rysowałem baranka, pokazałem mu jeden z dwóch rysunków, jakie umiałem zrobić: rysunek węża boa zamkniętego. Ku memu zdziwieniu chłopczyk odpowiedział:
- Nie, nie. Nie chcę słonia połkniętego przez węża boa. Boa jest zbyt niebezpieczny, a słoń za duży. Mam za mało miejsca. Potrzebny mi jest baranek. Narysuj mi baranka.
....

Tekst pochodzi z książki pt. "Mały książę" A. de Saint-Exupery'ego wydanej w 1994 roku przez Krajowa Agencję Wydawniczą.

poniedziałek, 19 listopada 2012

"Śpiewak cygańskich romansów" - Federico Garcia Lorca



Kasyda mrocznych gołębic

Wśród gałęzi lauru
dwie mroczne gołębice.
Jedna była słońcem,
a druga księżycem.
„Sąsiadeczki”, zapytałem,
„gdzie mi grobu mego szukać?”
Rzekł mi księżyc: „W moim gardle”.
Rzekło słońce: „W moich piórach”.
Kulą ziemską opasany
szedłem drogą i widziałem
dwie orlice ośnieżone
i dzieweczkę nagą.
Dwie orlice były jedną,
a nikim była dzieweczka.
„Ptaszki białe”, zapytałem,
„gdzie mi grobu mego szukać?”
Rzekł mi księżyc: „W moim gardle”.
Rzekło słońce: „W moich piórach”.
Wśród gałęzi lauru
dwie nagie gołębice.
Jedną były obie,
obie były nikim.



Fragment pochodzi ze zbioru pt. "Śpiewak cygańskich romansów" F. Garcii Lorki w tłumaczeniu M. Rymkiewicza wydanego w 2011 roku przez Wydawnictwo Sic!




Wyborem wierszy z tego tomu i uzupełnieniem o kilka innych raczył nas Marek Rymkiewicz, książkę tłumacz opatrzył również kalendarium życia poety - to taki ukłon w stronę wielbicieli Lorki, jak mniemam.

Garcię Lorkę trzeba kochać. Nie jest to poezja łatwa, a zaryzykowałabym nawet stwierdzenie - ani przyjemna. Lorca to przedstawiciel nadrealizmu, znajomy Daliego i Bunuela. Czerpał jednak z tradycji arabskich i cygańskich. Jego poezja naładowana jest różnorodnymi porównaniami, metaforami, odniesieniami dla nas egzotycznymi, przez co trudno się ją czyta. I dlatego trzeba dać sobie chwilę i potem koniecznie, ale to koniecznie, trzeba sięgnąć po nią po raz kolejny.

Znaczna część tomiku to wiersze z Romancera cygańskiego wydanego w 1928 roku – najważniejszego, zdaje się, dzieła Lorki. Tematyka miłości, śmierci, honoru zakotwiczona jest tu w andaluzyjskiej tradycji i folklorze, i przybiera formę znanej dobrze w Hiszpanii romancy. A nad poematami unosi się, niczym widmo, niewypowiedziany początkowo strach o przyszłość, która stoi tuż za rogiem i która, co przeczuwa poeta, przybierze postać rzezi.

Trudno jest kogoś przekonać do takiej poezji, trudno kogoś od takiej poezji odwodzić. Odbiór poezji jest bardzo osobistą sprawą, to materia, którą trudno ubrać w jakieś sensowne słowa. Owszem, można próbować rozbierać wiersze na drobne, sprawdzać rymy, rytmy, szukać sensu itd., ale czy to na pewno jest konieczne? W końcu poezja oddziałuje na taką część w nas, do której nie zawsze warto wpuszczać słowa i od razu uruchamiać całą maszynerię myślenia, analizowania i interpretowania. Może to i ważne, może i potrzebne, dla mnie jednak Lorca to księżyc, to krew, to pośpiech, to wiatr, to piach, to śmierć.




Federico Garcia Lorca urodził się 5 czerwca 1898 roku, zginął 19 sierpnia 1936 roku. Poeta, dramaturg, malarz. Przedstawiciel nadrealistów i tzw. Pokolenia 27. Zabito go na początku hiszpańskiej wojny domowej, prawdopodobnie nie ze względu na lewicowe poglądy, a przez to, że jako zdeklarowany homoseksualista utrzymywał stosunki z bratem jednego ze swoich oprawców. Do jednych z najważniejszych dzieł Garcii Lorki należy „Romancero cygańskie” wydane w 1928 roku.




______________________________________________________________________
Książkę przeczytałam w ramach wyzwań:  52 książki, Z literą w tle, 100 książek wszech czasów