piątek, 16 listopada 2012

"Zbyt głośna samotność" - Bohumil Hrabal


....

Pracowałem do nocy i żeby się odświeżyć, wychodziłem do szybu wentylacyjnego i przez studnię pięciu pięter patrzyłem na skrawek gwiaździstego nieba jak młody Kant, a następnie na czworakach, dzierżąc ucho pustego dzbana, wytaczałem się do tylnego wyjścia i zataczając się szedłem po piwo, aby potem znów podpierając się ręką zejść tyłem ze schodów do piwnicy, jakbym schodził z góry po drabinie, i na stoliku pod świecącą żarówką miałem otwartą Teorię nieba, paczki stały przy windzie na baczność, a dziś napocząłem setkę mokrych i przemoczonych wielkich reprodukcji Słoneczników Vincenta van Gogha, więc boki każdej paczki jaśniały złocistym i pomarańczowym słonecznikiem na błękitnym tle, tak więc zmniejszał się smród sprasowanych myszek i ich gniazd, i starego, rozpadającego się papieru, suwak prasy poruszał się tam i z powrotem, gdy wciskałem to zielony, to czerwony guzik, w przerwach piłem piwo i do tego czytałem Teorię nieba Immanuela Kanta, o tym, że w ciszy, w powszechnej ciszy nocy oraz w spokoju zmysłów duch nieśmiertelny mówi nienazwanym językiem o pojęciach, które można wprawdzie zrozumieć, lecz nie opisać... I te zdania szokowały mnie tak, że wybiegałem do szybu wentylacyjnego i patrzyłem w górę na gwiaździsty wycinek nieba, a następnie nadal ciskałem widłami do koryta ohydny papier z mysimi rodzinami owiniętymi w taką ligninkę, taką watkę, lecz ten, kto pakuje stary papier, nie jest humanitarny, podobnie jak niebiosa, w gruncie rzeczy to, co robiłem, ktoś tę pracę musiał wykonać, ta praca była rzezią niewiniątek, tak jak to namalował Pieter Breughel, w tę reprodukcję owijałem wszystkie paczki w zeszłym tygodniu, ale dzisiaj jaśniały mi kręgi i tarcze złotej i żółtej barwy, Słoneczniki van Gogha, które wzmagały tylko poczucie tragedii. Tak więc pracowałem i ozdabiałem grobeczki myszek, a przy tym odbiegałem na bok i czytałem z Teorii nieba, jedno tylko zdanko brałem zawsze do ust jak ślazowy cukierek, tak więc byłem przy pracy napełniony niezmierną wielkością i nieskończoną mnogością, i pięknem, które tryskało na mnie ze wszystkich stron, gwiaździste niebo dziurawego szybu wentylacyjnego nade mną, wojna i bitwy dwóch szczurzych klanów we wszystkich kanałach i ściekach miasta stołecznego Pragi pode mną, dwadzieścia paczek ustawionych równo jak pociąg o dwudziestu wagonach zwrócony w stronę windy, a wszystkie obrócone ku mnie ściany paczek były rozświetlone lampami słoneczników, pełne koryto prasy, ściskane siłą poziomej śruby, zgniatało ciche myszki, które nie wydały nawet głosiku, tak samo jak gdy myszkę złapie i igra z nią okrutny kocur, tak oto miłosierna natura wynalazła zgrozę, w której wyłączają się bezpieczniki i zgroza silniejsza niż ból ogarnia tego, kogo nawiedzi w minucie prawdy. Wszystko to wprawiało mnie w osłupienie, nagle mnie uświęciło i wypiękniałem we własnych oczach, bowiem miałem odwagę nie oszaleć od tego wszystkiego, co w tej mojej zbyt głośnej samotności widziałem i ciałem oraz duszą osobiście zaznałem i przeżyłem, nabywałem pełnej zdumienia wiedzy, poprzez tę pracę rzucającej mnie w nieskończony obszar wszechmocy. A nade mną świeciła żarówka, czerwone i zielone guziki poruszały suwakiem prasy tam i na powrót, wreszcie dobrałem się łopatą do dna piwnicy i jak kopacze, gdy wyrzucają ziemię z wykopu, ja też musiałem pomagać sobie kolanem, by stylisko łopaty utrzymało ten papier, który przetworzył się już w jakiś margiel, w opokę. Tak więc wrzuciłem ostatnią łopatę mokrej i kleistej substancji, jakbym był kanalarzem i czyścił dno opuszczonego ścieku w podziemiach praskiej kanalizacji. Do ostatniej paczki włożyłem otwartą Teorię nieba i kiedy podwiązałem paczkę drutami, i czerwony guzik zwolnił nacisk, i wytoczyłem tę paczkę na wózek, i odwiozłem ją do tych dwudziestu pozostałych, siadłem na stopniu, ręce zwisały mi przez kolana na zimną cementową podłogę. Dwadzieścia jeden Słoneczników świeciło w ciemnej szarzyźnie piwnicy i kilka myszek, które trzęsły się z zimna, bo nigdzie nie było już papieru, jedna z tych myszek podeszła blisko i zaatakowała mnie, maleńka myszka doskakiwała do mnie na tylnych łapkach i chciała ugryźć mnie albo może przewrócić, możliwe, że chciała mnie jedynie zranić, całą siłą swego mysiego ciałka skakała i kąsała moją mokrą podeszwę, za każdym razem odsuwałem ją delikatnie, ale myszka wciąż od nowa rzucała się na moją podeszwę, aby wreszcie całkiem bez tchu przysiąść w kątku i patrzeć na mnie, patrzeć mi w oczy, i zacząłem dygotać, widziałem, że w tych mysich oczach jest w tej chwili coś więcej niż gwiaździste niebo nade mną, więcej niż prawo moralne we mnie. Uderzeniem pioruna oznajmił mi Artur Schopenhauer, że najwyższym prawem jest miłość, a ta miłość to współczucie, pojąłem, dlaczego Artur tak nienawidził głoszącego kult siły Hegla, byłem jednak zadowolony, że ani Hegel, ani Schopenhauer nie byli dowódcami wrogich armii, bo ci dwaj toczyliby wojnę dokładnie taką, jaką wiodą dwa szczurze klany we wszystkich kanałach i ściekach praskich podziemi.
....

Fragment pochodzi z książki pn. "Zbyt głośna samotność" B. Hrabala wydanej przez Świat Literacki w 2003 roku. 


 Melancholijna love story

O czym jest ta książka? O samotności? Tak. O miłości? Tak. O pięknie? Tak. O sensie człowieczego istnienia? Tak. O humanitaryzmie? Tak. Jest chyba o wszystkim. O wszystkim, o czym człowiek powinien rozmyślać. Jest pochwałą prostoduszności, opowieścią o rzeczach człowiekowi najbliższych, namacalnych i przede wszystkim - nienamacalnych.

Hantia, człowiek wbrew własnej woli wykształcony, od trzydziestu pięciu lat pracuje jako pakowacz czy raczej prasowacz w praskim składzie makulatury na ulicy Spalonej. Dzień w dzień zgniata papier, a razem z nim książki. Niektóre zabiera do domu, czyta... Hantia kocha swoją prasę, zamierza zabrać ją ze sobą na emeryturę. Przy pracy zaś często myślami wraca do zdarzeń z przeszłości, do swojej mamy, do wujka, do pewnej Cyganeczki, do swojej ukochanej z młodości.

Zdarza się pewnie każdemu ujrzeć od czasu do czasu kogoś, kto wygląda na pijaka i niechluja, pachnie pewnie nie najładniej i pewnie niewielu chciałoby wysłuchać jego historii, a Hantia też lubi pić piwo, nie lubi się kąpać, a jednak jego historia powala na kolana. Człowiek z brzydką zapewne powierzchownością, ma tak piękną duszę, której najpiękniejsi mogą mu jedynie pozazdrościć...

To jedna z najcudowniejszych książek jakie udało mi się wziąć z ręce, za co dziękuję Jezusowi i Lao-cemu, i świętemu Tadeuszkowi, i niebiosom, i każdemu, kto tylko uzna, że podziękowania mu się należą. Historia poruszyła każdą strunę mojej duszy, a na wspomnienie o książce nadal drżą mi dłonie...


 
Bohumil Hrabal urodził się 28 marca 1914 roku w Brnie, zmarł 3 lutego 1997 roku, prawdopodobnie popełnił samobójstwo, oficjalnie- nieostrożnie wychylił się z okna karmiąc gołębie i wypadł z piątego piętra. Studiował prawo na Uniwersytecie Karola w Pradze. Kochał koty. Większość dorobku pisarskiego Hrabala to zbiory opowiadań.

"Zbyt głośna samotność", wydana po polsku po raz pierwszy przez wydawnictwo Niezależną Oficynę Wydawniczą w 1978 roku, to opowieść o Hantii, który pracuje jako pakowacz makulatury, wyławiając z ton papieru różnorodne księgi...





______________________________________________________
Książka przeczytana w ramach wyzwań: 52 książki, Trójka e-pik

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz