poniedziałek, 31 grudnia 2012

"Morderstwo w Orient Expressie" - Agatha Christie




Nazajutrz w porze lunchu monsieur Poirot z niewielkim opóźnieniem wkroczył do wagonu restauracyjnego. Wstał wcześnie, śniadanie jadł prawie  sam, a cały ranek spędził przeglądając notatki dotyczące sprawy, która wzywała go do Londynu. Widział więc dotąd niewielu ze swoich towarzyszy podróży.

Monsieur Bouc, który już zajął miejsce, uczynił w stronę przyjaciela powitalny gest i zaprosił go do swojego stolika. Poirot usiadł i natychmiast znalazł się w uprzywilejowanej pozycji kogoś, kogo obsługuje się w pierwszej kolejności i raczy najlepszymi zakąskami. Także danie główne było nadzwyczaj smaczne.

Dopiero przy delikatnym serze monsieur Bouc pozwolił sobie zwrócić uwagę na sprawy inne niż kulinarne. Na etapie dania mięsnego zaczął filozofować.
— Ach! — westchnął. — Gdybym to ja władał piórem Balzaka. Opisałbym całą tę scenę. Zatoczył ręką koło.
— Owszem, to dobry pomysł — przytaknął Poirot.
— Ach, więc zgadzasz się ze mną? Jeszcze chyba nikt tego nie zrobił? A przecież — wszystko to skłania siędo romansu, mój przyjacielu. Wokół nas zasiedli ludzie o najróżniejszej pozycji społecznej, najróżniejszych narodowości, w najróżniejszym wieku. Całe trzy dni ci ludzie, obcy sobie nawzajem, spędzą razem. Będą spać i jeść pod wspólnym dachem, nie będą mogli siebie uniknąć. A po upływie owych trzech dni rozejdą się, każdy ruszy własną drogą i może już nigdy więcej się nie spotkają.
— Ale — wtrącił Poirot — załóżmy, że jakiś wypadek…
— Och, nie, przyjacielu…
— Zgadzam się, że z twojego punktu widzenia byłoby to pożałowania godne wydarzenie. Lecz mimo wszystko, tylko na chwilę, dopuśćmy taką możliwość. Wtedy, załóżmy, wszystkie te osoby związałaby… śmierć.

Fragment pochodzi z książki pt. "Morderstwo w Orient Expressie" autorstwa A. Christie wydanej przez wydawnictwo Hachette w 2000 roku.


No i wpadłam po uszy z Christie. Jak śliwka w kompot. Zaraz po "Tajemnicy gwiazdkowego puddingu" nie mogłam się powstrzymać i masz ci los! Trafiłam na "Morderstwo w Orient Expressie". Tym razem Hercules Poirot rozwiązuje sprawę morderstwa w pociągu, który utknął w zaspach. Zaczyna się niewinnie: zasadniczo do pociągu relacji Stambuł - Calais udaje mu się dostać dzięki znajomością z "szefem" pociągu, Poirot podsłuchuje (zupełnie przypadkiem, proszę państwa) czyjąś rozmowę, odnosi dziwne wrażenie spotykając pewnego mężczyznę. Niedługo potem  ten mężczyzna, który zwrócił uwagę Poirota ginie. 

Poszlak mamy wiele, autorka co rusz podsuwa nam coś nowego, a mimo to do końca trudno stwierdzić kto jest odpowiedzialny za morderstwo. Książkę oceniam bardzo wysoko. Nie dość, że jest lekka, napisana wprawnym piórem i niezbyt pokaźna objętościowo, to jeszcze jej forma doskonale odpowiada mojemu oglądowi Pana Herculesa Poirota - podzielona, usystematyzowana, podnosząca wagę szczegółów. Krótko, na temat, interesująco - czyli dokładnie tak jak powinno być.

Niewątpliwie to klasyka kryminału i to w najlepszym wydaniu. A Poirot już od jakiegoś czasu, kiedy to zobaczyłam któryś z odcinków serialu na podstawie Christie, jest moim ideałem mężczyzny. Nie pojmuję zatem dlaczego autorka zdecydowała się go kiedykolwiek uśmiercić, a ponoć tak! Ponoć, bo cała wyprawa tropem Poirota przede mną.


_________________________________________________________________________
Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: 52 książki, Trójka e-pik, Z literą z tle, Na tropie Agathy, Z półki

piątek, 28 grudnia 2012

"Tajemnica gwiazdkowego puddingu" - Agata Christie





- No, Poirot - powiedział pan Bonnington, śmiejąc się z cicha - przedstaw nam parę wniosków w twoim najlepszym stylu.
- Wolałbym najpierw wysłuchać twoich.
- Pragniesz, żebym był Watsonem, co? Cóż, stary poszedł do lekarza, a ten zmienił mu dietę.
- Na zaciąganą zupę pomidorową, stek, pudding z cynaderek i jeżynowy placek? Nie potrafię wyobrazić sobie lekarza, który to robi.
- Nie wierz w to, stary. Lekarze są w stanie zalecić ci wszystko.
- Czy to jedyne wyjaśnienie, jakie ci się nasuwa?
- Cóż, poważnie mówiąc - rzekł Bonnington - jest tylko jedno możliwe wytłumaczenie. Nasz nieznany przyjaciel znajdował się pod wpływem potężnej emocji. Był tak wzburzony, że dosłownie nie zwracał uwagi na to, co zamawia lub je.
Przerwał na chwilę.
- Za moment powiesz mi, że wiesz, o czym myślał. Powiesz, być może, iż układał sobie plan morderstwa.
Zaśmiał się z własnego pomysłu.
Herkules Poirot nie śmiał się.
Przyznał później, że w tym momencie był poważnie zaniepokojony. Utrzymywał, że powinien już wówczas przeczuwać, co się dzieje.
Przyjaciele zapewniają go, że ta myśl jest zupełnie absurdalna.

 Fragment pochodzi z opowiadania pt. "Dwadzieścia cztery kosy" zawartego w książce "Tajemnica gwiazdkowego puddingu" autorstwa Agaty Christie.


Agata Christie jest chyba najlepiej znaną, najbardziej rozpoznawaną autorką kryminałów na świecie. Nazywała się dokładniej Agatha Mary Clarissa Miller Christie. Urodziła się 15 września 1890 roku w Torquay, a zmarła 12 stycznia 1976 roku w Wallingford. Otrzymała Order Imperium Brytyjskiego w 1971 roku. Jest najlepiej sprzedająca się autorką na świecie - sprzedane egzemplarze liczy się w miliardach. Pisała również pod pseudonimem Mary Westmacott. Wydała ponad dziewięćdziesiąt powieści i sztuk teatralnych.Stworzyła dwójkę nieprzeciętnych, niezapomnianych detektywów - Herculesa Poirota i pannę Jane Marple. ostatnie zagadki tej dwójki napisała u szczytu swej kariery, ale zastrzegła, że mają zostać wydane po jej śmierci.

"Tajemnica gwiazdkowego puddingu" to zbiór sześciu opowiadań poprzedzonych krótką, acz przesympatyczną  przedmową autorki. A  w dodatku, choć nie wiem czy powinnam się do tego przyznać, ale co tam - to pierwsza książka Christie jaką przeczytałam.

Pierwsze z opowiadań - "Tajemnica gwiazdkowego puddingu" wzbudza emocje powoli, ale nie powala na kolana. Jest natomiast cudowną lekturą na Święta Bożego Narodzenia, świąteczna atmosfera jest zaraźliwa. Hercules Poirot udaje się do Kings Lacey na święta w związku z delikatną sprawą związaną z kradzieżą niezwykle cennego klejnotu. A do tego jeszcze w przeddzień świątecznego obiadu znajduje na swoim łóżku kartkę z ostrzeżeniem, by nie jadł ani kęsa świątecznego puddingu...

"Zagadka hiszpańskiej skrzyni", to, zgodnie ze słowami autorki, ulubiona sprawa Poirota. Na przyjęcie nie dociera jeden z zaproszonych gości, nazajutrz okazuje się, że nie żyje, a jego ciało znaleziono w skrzyni należącej do właściciela posiadłości, w której przyjęcie się odbywało. Ba, skrzynia znajdowała się cały czas w pokoju, w którym świętowali przyjaciele...

Akcja "Popychadła" toczy się w rezydencji, w której zginął Sir Reuben Astwell. O jego śmierć oskarżono jego siostrzeńca, Charlesa Leversona, dowody jego zbrodni są ewidentne, ale żona zamordowanego, lady Astwell, podejrzewa kogoś innego i posyła po Poirota.

"Dwadzieścia cztery kosy" to moje ulubione opowiadanie ze zbioru. Rozpoczyna się niewinnie od obiadu Herculesa Poirota z przyjacielem. Na sali jest interesujący osobnik, który, jak się okazuje niedługo potem, ginie w sposób wskazujący na zwykły wypadek, ale oczywiście Poirot ma swoje zdanie... 

"Sen" to kolejne bardzo dobre opowiadanie - dotyczy ekscentrycznego bogacza, który oznajmia Poirotowi, że od kilku dni ma jeden i ten sam sen, w którym popełnia samobójstwo. Sen się ziszcza,a  Poirot jest przesłuchiwany jako świadek.

"Szaleństwo Greenshawa" to z kolei zagadka, nad którą pracuje panna Marple. Tytuł nawiązuje do nazwy domu, który wybudował Greenshaw, bogacz, który z czasem zbankrutował. Jednak dom jest okazem przepychu, wybudowany w różnych stylach, imponujący wielkością, dla miejscowych i nie tylko jest powodem do podśmiechiwania się. Greenshaw już nie żyje, natomiast dom zajmuje jego córka, która ginie tuż po spisaniu testamentu...

Opowiadania są niezmiernie przyjemne dla oczu czy uszu (jeśli ktoś woli posłuchać). Poirot i Marple pokazują klasę w rozwiązywaniu zagadek, a rozwiązania są oczywiście zaskakujące. To cudowna książeczka na świąteczny wieczór - napisana lekkim piórem, wciągająca, promieniująca, dzięki pierwszemu opowiadaniu, świąteczną atmosferą. Jak na opowiadania przystało - za krótka! Choć czuje się niedosyt (nie w ilości opowiadań, ale raczej w szczegółach akcji tych tu zebranych), to jest to niewątpliwie pozycja godna polecenia każdemu miłośnikowi kryminałów.

_____________________________________________________________________
Książka przeczytana w ramach wyzwań: 52 książki, Z literą w tle, Trójka e-pik

środa, 19 grudnia 2012

"Norwegian Wood" - Haruki Murakami



Naoko zastygła nieruchomo. Wyglądała jak jakieś małe zwierzątko zauroczone światłem księżyca. Padało pod takim kątem, że jej wargi zdawały się uwypuklone. Delikatne, bezbronne usta drżały leciutko w rytm uderzeń serca, a może w rytm uczuć, które je wypełniały. Zdawało się, że zwracając się do ciemności, szepcze jakieś bezgłośne słowa.

Przełknąłem ślinę, chcąc złagodzić suchość w ustach. W ciemnościach dźwięk wydał się strasznie głośny. Jakby na ten sygnał Naoko nagle wstała, podeszła bliżej z cichym szelestem materiału i uklękła na podłodze przy kanapie. Zajrzała mi głęboko w oczy. Patrzyłem w jej źrenice, lecz niczego nie wyrażały. Były nienaturalnie przejrzyste. Zdawało się nieomal, że można by dostrzec świat po ich drugiej stronie, lecz choć się wpatrywałem, niczego tam nie znalazłem. Choć jej twarz była zaledwie trzydzieści centymetrów od mojej, wydawała się oddalona o lata świetlne.
  Tekst pochodzi z książki pt. "Norwegian Wood" autorstwa H. Murakamiego wydanej w roku przez wydawnictwo

 "Norwegian Wood" to bardzo popularna powieść Murakamiego. Myślę, że umiejscowienie akcji w latach 60-tych ubiegłego wieku, w okresie demonstracji na uczelniach, Dzieci-Kwiatów, sprawiło, że książka jest łatwa do zaakceptowania na Zachodzie, nie tylko w Japonii. 

Książka opowiada historię miłosną, dość prostą w zasadzie, ale niezbyt szczęśliwą - otóż jest chłopak, Toru Watanabe, który studiuje w Tokio i podczas studiów poznaje dwie kobiety. Pierwszą z nich jest Naoko, dziewczyna jego najlepszego przyjaciela Kizukiego. Ta trójka jest nierozłączna, spotykają się często, znaleźli wspólny język. Jednak w którymś momencie ich znajomości Kizuki popełnia samobójstwo, a wydarzenie to na zawsze pozostawia piętno na Naoko, która już z natury jest osobą melancholijną. Poznajemy ją jako osobę bardzo wrażliwą, wręcz apatyczną. Potem dowiadujemy się o możliwych przyczynach tej jej melancholii i nostalgii. W życiu Toru pojawia się inna kobieta, a w zasadzie dziewczyna - Midori. Midori jest praktycznie przeciwieństwem Naoko, jest pełna życia, wyzwolona. Główny bohater spotyka się z obiema dziewczynami, nie mając wobec tego żadnych oporów. W stosunku do wszystkiego co się wokół niego dzieje, zachowuje dystans, jest spokojny, dojrzały i trudno się w zasadzie doszukać u niego jakichkolwiek uczuć.

Tytułowa piosenka Beatlesów dość dobrze oddaje treść i nastrój książki. Kiedyś miałem dziewczyna, a może powinienem powiedzieć, że ona miała mnie. Pokazała mi swój pokój, czyż nie jest dobry, w  norweskim drewnie? Poprosiła bym został, usiadł gdziekolwiek, rozejrzałem się, lecz nigdzie nie było krzesła. Usiadłem więc na dywanie i cierpliwie czekając na odpowiedni moment, pijąc jej wino, rozmawialiśmy do drugiej, po czym oświadczyła "Czas spać", powiedziała, że rano idzie do pracy i wybuchnęła śmiechem. Odparłem, że ja do pracy nie idę i wpełzłem do wanny, aby się przespać. A kiedy się obudziłem, byłem sam, ta ptaszyna odleciała, więc rozpaliłem ogień, czyż nie jest dobre to norweskie drewno?
To w jaki sposób Toru odbiera wszystko - samobójstwa, kontakty z kobietami przypominające przypływy i odpływy morskie (dziewczyny raz są, raz ich nie ma, oddalają się, znikają to fizycznie, to emocjonalnie), bez większych emocji, z kolei kojarzy się z bardzo spokojną, miarową melodią tej piosenki

Opowieść jest "bardzo ładna", wygładzona, opisy przyziemnych rzeczy niezmiernie malownicze, choć brakuje tu nieco nerwu, czegoś niezwykłego, co pojawia się w innych dziełach autora, a trudno mi oceniać tę książkę w oderwaniu od znanego mi dorobku Murakamiego, bo wiem na co go stać. Niemniej warto było poświęcić trochę czasu na poznanie z jednej strony burzliwego (z uwagi na to co dzieje się wokół), a z drugiej jakże niezwykle spokojnego (z uwagi na to co dzieje się wewnątrz) dojrzewania Watanabe.


_______________________________________________________________
Książka przeczytana w ramach wyzwań: 52 ksiażki, Trójka e-pik, Literatura w Azji, Z półki

środa, 12 grudnia 2012

"Zapiski na pudełku od zapałek" - Umberto Eco (fragm.)



Pragnąc przekazać czytelnikowi (w związku z pojęciem „czytelnik” por. D. Coste, „Three concepts of the reader and their contribution to a theory of literary texts”, “Orbis literarum” 34, 1880; W. Iser, “Der Akt des Lesens”, Monachium 1972; “Der implizite Leser”, Monachium 1976; U. Eco, “Lector in fabula”, Mediolan 1979; G. Prince, „Introduction a l’etude du narrataire”, “Poetique” 14,1973; M. Nojgaard, „Le lecteur et la critique”, “Degres” 21, 1980) garść świeżych intuicji (por. B. Croce, “Estetica come scienza delfespressione e linguistica generale”, Bari 1902; H. Bergson, Oeuvres, Edition du Centenaire, Paryż 1963; E. Husserl, “Ideen zu einer Phdnomenologie undphdnomenologischen Philosophie”, Den Haag 1950), w związku z malarstwem (odnośnie pojęcia „malarstwo” por. Cen-ninoCennini, “Trat tato delia pittura”; Bellori, “Vite d’artisti”; Vasari, “Le vite”; AA.W., “Trattati d’arte del Cinquecento”, opr. P. Barocchi, Bari 1960; Lomazzo, “Trattato dellarte delia pittura”; Alberti, “Delia pittura”; Armenini, “D’ veri precetti delia pittura”; Baldinucci, “Vocabolario toscano dellarte del disegno”; S. van Hoogstraaten, “Inleyding tot de Hooge Schoole der Schilderkonst”, 1678, VIII, l, ss. 279nn.; L. Dolce, “Dialogo delia pittura”; Zuccari, “Idea de’ pittori”) Antonia Fomeza (jeśli chodzi o bibliografię ogólną, por. G. Pedicini, „Fomez”, Mediolan 1980, zwłaszcza ss. 60-90), muszę podjąć próbę analizy (por. H. Putnam, „The analytic and the synthetic”, w: “Mind, language, and reality”, 2, Londyn-Cambridge 1975; M. White, wyd., “The age of analysis”, Nowy Jork 1955) w formie (por. W. Kohler, „Gestalt Psychology”, Nowy Jork 1947; P. Guillaume, „La psychologie de la forme”, Paryż 1937) całkowicie naiwnej i wyzbytej uprzedzeń (por. J. Piaget, “La representation du monde chez l’enfant”, Paryż 1955); G. Kanizsa, “Grammatica del vedere”, Bolonia 1981). Jest to jednak rzecz (odnośnie rzeczy w sobie por. I. Kant, „Kritik der reinen Vernunft”, 1781-1787) niezmiernie trudna na tym świecie (por. Arystoteles, „Metafizyka”) postmodernistycznym (por.por. ((por. (((por. por.)))))). Dlatego nie robi się nic (por. Sartre, „L’etre et le neant”, Paryż 1943). Pozostaje milczenie (Wittgenstein, „Tractatus”, 7). Przepraszam, może innym (por. J. Lacan, “Ecrits”, Paryż 1966) razem (por. Viollet-le-Duc, “Opera omnia”).

Fragment pochodzi z książki pt. "Zapiski na pudełku od zapałek" autorstwa U. Eco wydanej przez wydawnictwo Historia i Sztuka w 1993 roku.

wtorek, 11 grudnia 2012

"Podróż do krainy drzew" - Jean-Marie Gustave Le Clézio



Ludzie, którzy nie potrafią oswajać drzew, mówią, że las jest niemy. Kiedy jednak tylko delikatnie pogwizdujesz i robisz to dobrze – tak jak ptaki – możesz usłyszeć dźwięki, jakie wydają drzewa. Najpierw będzie to ziewania i owo posapywanie . Potem głuche uderzenia, jak gdyby gdzieś, pod powierzchnią ziemi, biło serce. Jeszcze później, poznasz cała gamę różnych skrzypnięć , trzask rozprostowujących się gałęzi, cichutkie drżenie liści, szelest wygładzającej się kory, a także różnego rodzaju pogwizdywania, gdyż drzewa ci odpowiedzą.


Tekst pochodzi z książki pt. "Podróż do krainy drzew" autorstwa J.M.G. le Clezio wydanej w 2009 roku przez wydawnictwo Book House.




Jean-Marie Gustave Le Clézio urodził się w Nicei 13 kwietnia 1940 roku. Sporo napodróżował się po świecie. Już w wieku 7 lat wyjechał do Nigerii, gdzie stacjonował jego ojciec. Studiował literaturę francuską w Nicei, potem przebywał w Londynie, Brystolu, w końcu pracował jako nauczyciel w Stanach Zjednoczonych.Odbywał służbę wojskową w Tajlandii, potem w Meksyku. Podróżował do Panamy, podjął studia w dziedzinie języków Indian w Meksyku.Wykładał na uniwersytetach w Bangkoku, Bostonie, Austin, Meksyku i Albuquerque, gdzie mieszka na zmianę z pomieszkiwaniem w Nicei i Paryżu. Jest laureatem kilku prestiżowych nagród, w tym najważniejszej - Nagrody Nobla w dziedzinie literatury (2008).

"Podróż do krainy drzew" to krótka opowiastka o chłopcu, który marzy o podróżowaniu, jednak nie mając żadnych środków lokomocji postanawia wyruszyć w krainę drzew. Las okazuje się zupełnie odmienny od tego, co sobie wyobrażamy, jest żywym organizmem chętnie porozumiewającym się z tymi, którzy potrafią go oswoić.

Książeczka jest skromna - to kilkadziesiąt stronic, bogato ilustrowanych przez Henriego Galerona. Być może powinny ją czytać tylko i wyłącznie dzieci, bo mnie nie zachwyciła. Trudno tu mówić cokolwiek o stylu, o fabule - do takich ocen za mało chyba materiału. Jednak zabrakło mi bajkowości w tej bajce. Reklamowana jest jako magiczna i pełna poezji podróż do krainy drzew: poezja w tej formie do mnie nie przemawia i użyto chyba nie działających na mnie magicznych zaklęć. Sam temat jest ciekawy i aż prosi się o rozbudowanie go choć troszkę. Bajka wygląda na wymyśloną na poczekaniu i odnoszę wrażenie, że zaraz potem trafiła do wydawnictwa, a autor nie dał jej pożyć i rozkwitnąć pod jego piórem.

___________________________________________________________________________
Książka przeczytana w ramach wyzwań: 52 książki, Z literą w tle, Projekt Nobliści

poniedziałek, 10 grudnia 2012

"Jądro ciemności" - Joseph Conrad

Ziemia nie wydawała się ziemska. Przywykliśmy patrzeć na spętany kształt pokonanego potwora, ale tam - tam się oglądało potworny stwór na swobodzie. Ziemia nie była ziemską, a ludzie byli... Nie, ludzie nie byli nieludzcy. Widzicie, otóż to było najgorsze ze wszystkiego - podejrzenie, że oni nie są nieludzcy. Przenikało to z wolna do świadomości. Wyli i skakali, i kręcili się, i wykrzywiali straszliwie; a najbardziej ze wszystkiego przejmowała mnie właśnie myśl o ich człowieczeństwie - takim samym jak moje - myśl o mym odległym powinowactwie z tym dzikim namiętnym wrzaskiem. Brzydkie. Tak, to było dość brzydkie; ale jeśli człowiek miał w sobie dosyć męstwa, musiał przyznać w duchu, że jest w nim jakiś najniklejszy ślad odzewu na przerażającą szczerość tego zgiełku, jakieś mgliste podejrzenie, iż to ma pewien sens, który by można zrozumieć mimo tak wielkiego oddalenia od mroku pierwszych wieków. I dlaczego by nie? Umysł ludzki jest zdolny do wszystkiego - ponieważ zawiera w sobie wszystko, zarówno przeszłość, jak przyszłość. Cóż tam było właściwie? Radość, przestrach, smutek, ofiarność, męstwo czy wściekłość - któż to mógł powiedzieć? - ale była tam prawda - prawda bez maski czasu. Głupiec niech się gapi i wzdryga - człowiek rozumie i może patrzeć bez zmrużenia powiek. Ale musi być choćby na tyle człowiekiem co ci na brzegu.
Fragment pochodzi z książki pt. "Jadro ciemności" autorstwa J. Conrada wydanej w 2009 roku przez Wydawnictwo Zielona Sowa.


 
Teodor Józef Konrad Korzeniowski (pseudonim: Joseph Conrad) urodził się 3 grudnia 1857 roku w Berdyczowie, zmarł 3 sierpnia 1924 roku w Bishopsbourne. Korzeniowski urodził się jako Polak  na syberyjskim wygnaniu, jednak jego proza zalicza się do kręgu angielskiej. Pisarz wychował się w domu wuja, gdyż jego rodzice zmarli, gdy był jeszcze chłopcem. W wieku 16 lat wyjechał na Zachód, by zrealizować marzenie o pływaniu na statkach. Udało mu się. Piął się po szczeblach kariery marynarskiej, by w 1888 roku objąć dowództwo statku. W 1894 roku stan zdrowia zmusił go do osiedlenia się  i poświęcenia się karierze literackiej. W Polsce podchodzi się do twórczości Conrada z dystansem, gdyż autor nie manifestował w swoich utworach swej polskości. Conrad wykorzystał tematykę marynistyczną, najbliższą mu dzięki doświadczeniom, aby przekazać treści moralne czy wręcz filozoficzne. W utworach przekazywał ideały honoru i odwagi w walce z fatum. Przez jego prozę przemawia realizm, autor przeprowadza dogłębną analizę psychologiczną swoich postaci. Jego książki uznawało się za trudne, przez co źle się sprzedawały, a Conrad stale zmagał się z kłopotami finansowymi.

"Jądro ciemności" to jedno z arcydzieł XX wieku i najlepsze dzieło Conrada. Pamiętam, że gdy swego czasu czytałam "Lorda Jima", gdyż akurat był lekturą szkolną, to miałam pretensje do Pana Conrada, że raczył mnie czymś tak niezrozumiałym i tak niewiarygodnie nudnym. A może to po prostu choroba morska... Nie wiedziałam, czego spodziewać się po "Jądrze ciemności". Oczywiście obiły mi się o uszy różne recenzje, opinie - jedni wychwalali pod niebiosa, inni twierdzili, że przez tę książkę stracili tylko czas. Nie było wyjścia, trzeba było przekonać się samemu.

Tytułowe jądro ciemności to serce dżungli - dosłownie i w przenośni. Akcja utworu rozgrywa się w Londynie na pokładzie statku "Nellie", gdzie narrator zapoznaje nas z Charlesem Marlowem, który opowiada nam właściwą historię, historię swojej wyprawy w głąb dżungli, gdzie spotyka niejakiego Kurtza. Opowieść jest hipnotyzująca. Z resztą każdy z bohaterów książki - i główny narrator i Marlow, i inni - każdy we właściwy sobie sposób dodaje do powieści jakiś tajemniczy element. Już na początku przepiękne, niezwykle malownicze opisy wprawiają czytelnika niejako w narkotyczny trans, cała opowieść jest pokryta ciężką mgłą, a może dymem, atmosfera jest duszna. W zasadzie nie mamy pewności, czy nie została przez Marlowa wymyślona na poczekaniu, ale gdy tylko na to pozwolimy porwie nas naprawdę w otchłań, bardzo ciemną otchłań. Po drodze będziemy zdobywać informacje, a może strzępki informacji o dzikości natury, szaleństwie, charyzmie, duszy człowieka i duszy świata, wobec której cywilizacja to w sumie papierowa maskotka. A właściwie - o istocie życia, która objawia się Marlowowi dzięki zaszytemu w dalekich odstępach Kurtzowi - obsesyjnie wręcz czczonemu przez dzikich i tych, którzy go znali, którzy obracali się w jego towarzystwie, dla których był niemal bogiem.

W powieści mnóstwo jest niedopowiedzeń, co może nas drażnić, bo pewnie chcielibyśmy dowiedzieć się więcej o jądrze ciemności. Jednak w tę podróż każdy z nas powinien wybrać się sam. O ile znajdzie w sobie odwagę.

 ___________________________________________________________________________
Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: 52 książki, Z literą w tle, Klasyka literatury popularnej, Z półki

piątek, 7 grudnia 2012

"Rzeź bezkręgowców" - Joanna Chmielewska

Lekarz był na miejscu, personel pielęgniarski również i wszelkie ślady wokół zwłok w mgnieniu oka zostały dokładnie zadeptane. Przybyłej w ekspresowym tempie policji o mało szlag nie trafił.
W kwestii informacyjnego okrzyku zeznania brzmiały następująco:
Po pierwsze, osoby, która wrzasnęła przez szparę w uchylonych drzwiach, nikt nie widział.
Po drugie, z pewnością była to osoba ludzka, a nie okaz fauny, na przykład papuga.
Po trzecie, okrzyk brzmiał:
Piskliwie, jakby dyszkant albo dziecko.
Jakiś taki przepity baryton.
Chrapliwe i okropnie krwiożercze. Mściwe!
Stanowczo męski, prawie bas.
Stanowczo damski, mezzosopran, chyba śpiewaczka.
Coś jakby spiżowy dzwon, alarmujący i stanowczy.
Grobowe, ponure, okropne, cmentarne, jakby z zaświatów.
Jakieś takie chichotliwe, głupi dowcip albo, co.
Odkrywcą, ewentualnie nawet sprawcą zbrodni mógł być, zatem każdy, od pijanego ciecia poczynając, a na pani wiceprezes-członkini zarządu kończąc. Pani wiceprezes dysponowała wprawdzie wysokim sopranem, ale pod wpływem stresu mógł jej się trochę głos zmienić. Pani wiceprezes, najzupełniejszym przypadkiem zaplątana akurat w dolnych rejonach budynku na poziomie studiów i obarczona podejrzeniami, zdenerwowała się okropnie i rzeczywiście głos jej się zmienił, tyle, że na nieco wyższy. Prawie można ją było podciągnąć pod „piskliwie, jakby dyszkant". Naturalną rzeczy koleją błyskawicznie zdenerwował się cały zarząd i kłody pod nogi władz śledczych runęły lawiną. Po większej części błotną.

Fragment pochodzi z książki pt. "Rzeź bezkręgowców" autorstwa J. Chmielewskiej wydanej przez wydawnictwo Kobra w 2010 roku.



Joanna Chmielewska, a właściwie Irena Kühn urodziła się 2 kwietnia 1932 w Warszawie. Znana jest przede wszystkim jako autorka powieści sensacyjnych i kryminalnych, a także książek dla dzieci i młodzieży. Z wykształcenia jest inżynierem architektem z dyplomem Politechniki Warszawskiej. Uznawana jest za najpoczytniejszą autorkę zagraniczną w Rosji, gdzie nakład jej powieści już dawno przekroczył 8 mln, więcej niż w Polsce. Sympatię czytelników zyskała dzięki nietuzinkowemu poczuciu humoru.

W "Rzezi bezkręgowców", jak w większości książek autorki, ona sama jest główną bohaterką. Ledwo wróciła z urlopu, już jest podejrzana o morderstwo! Na szczęście w trakcie mordu nie było jej na miejscu, tak więc denat - znany reżyser - nie od jej ręki trupem padł. Ale, ale! Na prośbę koleżanki, Chmielewska ma zdobyć książki niejakiej Ewy Marsz. Tymczasem pojawiają się kolejne zwłoki i jakoś tak dziwnie te morderstwa z Ewą Marsz się naszej bohaterce kojarzą, bo Ewa taka biedna, wokół niej same płazińce, pierścienice, bezkręgowce, pijawki...

Poczucie humoru Chmielewskiej dopisuje od lat wielu, nawet wieludziesięciu. Styl pisania bardzo rozpoznawalny i nie do podrobienia, wywołujący chichoty i parsknięcia to atut wszystkich książek Chmielewskiej. Jeśli ktoś po raz pierwszy dzięki "Rzezi..." zetknie się z twórczością Chmielewskiej, nie powinien narzekać. Ubawi się po pachy. Dla tych jednak, którzy Chmielewską już znają, szczególnie tych, którzy znają dobrze, książka może pozostawiać pewien niedosyt. Przede wszystkim dlatego, że fabuła, trocha mało fikuśna, a Chmielewską stać na pewno na więcej. Książka niestety odstaje od poziomu swych rodzonych sióstr, jak choćby mojego ulubionego dziecka autorki o wdzięcznym imieniu "Wszystko czerwone". Niestety, a może i stety. Gdyby spodziewać się za każdym razem fajerwerków, to w końcu w naszych oczach straciłyby swój blask, nieprawdaż?

______________________________________________________________________
Książkę przeczytano w ramach wyzwań: 52 książki, Z literą w tle, Polacy nie gęsi

"Zwodniczy punkt" - Dan Brown


— Panspermia jest teorią, która mówi, że życie zostało przyniesione na Ziemię z innej planety.
Rachel wstała.
— Nie bardzo rozumiem.
Corky zwrócił się do Tollanda:
— Mike, ty jesteś specem od praoceanów. Tolland z zadowoleniem przejął pałeczkę.
— Kiedyś na Ziemi nie było życia. Wybuchło nagle, jakby z dnia na dzień. Wielu biologów uważa, że eksplozja życia nastąpiła w wyniku idealnego zmieszania pierwiastków w praoceanie. Ponieważ nikt nie zdołał odtworzyć tego cudu w laboratorium, uczeni religijni przyjęli to za dowód istnienia Boga. Oświadczyli, że życie nie mogłoby zaistnieć, gdyby Bóg nie dotknął praoceanu i nie tchnął w niego życia.
— Ale astronomowie wysunęli inną hipotezę — dodał Corky.
— Panspermia — powtórzyła Rachel, teraz rozumiejąc, o czym mówią. Słyszała wcześniej o tej teorii, choć nie znała jej nazwy. — Teoria mówiąca, że do pierwotnej zupy wpadł meteoryt, przynosząc na Ziemię pierwsze nasiona życia drobnoustrojowego.
— Bingo! — wykrzyknął Corky. — Mikroorganizmy, które uległy perkolacji, w wodzie zbudziły się do życia.
— Jeśli to prawda, pochodzenie ziemskich i pozaziemskich form życia byłoby tożsame.
— Podwójne bingo.
Panspermia, pomyślała Rachel, nadal nie mogąc ogarnąć wszystkich implikacji odkrycia.

Fragment pochodzi z książki pt. "Zwodniczy punkt" autorstwa D. Browna wydanej w roku przez wydawnictwo Sonia Draga.


Dan Brown urodził się 22 czerwca 1964 w Exeter. Zanim zajął się pisaniem, był muzykiem, pracował jako nauczyciel angielskiego. Autor powieści sensacyjnych, które odniosły jeden z największych sukcesów ostatnich dziesięcioleci. Największy rozgłos przyniósł mu wydany w 2003 roku "Kod Leonarda da Vinci".

"Zwodniczy punkt", być może wbrew mniemaniu polskich czytelników, powstał przed "Kodem Leonarda da Vinci". Wbrew mniemaniu, ponieważ pierwsze polskie wydanie pojawiło się na rynku w 2005 roku, a więc już po sukcesie "Kodu".

Z czym mamy tu do czynienia? Zbliżają się wybory prezydenckie w USA. Aktualnie piastujący to stanowisko prezydent odstaje w notowaniach, nad nim jego współpracownikami wisi niczym cień groźba przegranej. I to z kretesem. Tymczasem NASA odkrywa w jednym z lodowców meteoryt. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie okazało się, że w meteorycie znajdują się szczątki istot żywych, a konkretniej jakichś robaczków. Dla potwierdzenia tego niewątpliwie bezprecedensowego odkrycia Biały Dom sprowadza w miejsce znaleziska niezależnych naukowców, w tym Rachel Sexton - córkę senatora walczącego z niemałym powodzeniem o fotel prezydencki. Dość szybko jednak okazuje się, że to odkrycie to ni do końca takie pewne, bo to coś świeci  nie tak jak powinno, to jakieś kanały dziwne... Jednym słowem - szwindel, a naukowcy muszą zmykać, żeby nie zginąć...

Skomplikowana intryga, wartka akcja - to cechy charakterystyczne dla pisarstwa Browna. Budowa powieści, która składa się z krótkich rozdziałów, pozwala na stopniowanie napięcia, przez co czytelnikowi trudno oderwać się od tekstu. Postaci są bardzo wyraziste, a intrygi politycznej walki o Biały Dom mogą zaciekawić. Dla każdego poszukiwacza w literaturze sensacji i wielkich spisków, książka będzie strzałem w dziesiątkę. Nie ma tu Roberta Langdona, do którego przyzwyczaił Brown czytelników, są za to supernowoczesne technologie, kiełkujące uczucia, czyli coś dla chłopców i coś dla dziewczynek.
_______________________________________________________________________
Książkę przeczytano w ramach wyzwania: 52 książki