czwartek, 31 stycznia 2013

"Mężczyzna w brązowym garniturze" - Agatha Christie

Wszyscy namawiali mnie, abym opisała tę historię. Nalegali i ci najznamienitsi (na przykład lord Nasby), i ci mniej ważni, jak nasza dawna służąca Emily, którą spotkałam podczas mojego ostatniego pobytu w Anglii. („Proszę pomyśleć, panienko, jaką przepiękną książkę mogłaby panienka napisać. Przecież ta historia jest zupełnie jak z filmu.”)
Muszę przyznać, że posiadam wszelkie kwalifikacje, aby sprostać temu zadaniu. Byłam zamieszana w całą sprawę od samego początku, przez cały czas znajdowałam się w centrum wydarzeń, wreszcie triumfalnie doprowadziłam ją do końca. Ponadto tak się szczęśliwie złożyło, że te epizody, których nie mogłabym opisać na podstawie własnych przeżyć, doskonale uzupełnia dziennik sir Eustachego Pedlera. Sir Pedler bardzo uprzejmie pozwolił mi wykorzystać swoje zapiski.
A więc do dzieła. Anna Beddingfeld zaczyna opowieść o swoich przygodach.
  Fragment pochodzi z książki pt. "Mężczyzna w brązowym garniturze" autorstwa A. Christie wydanej w 1999 roku przez wydawnictwo Prószyński i S-ka.

 Kto z nas nie marzył kiedyś o podróżach i przygodach? Wielu pewnie nadal marzy, nie każdemu jednak dane jest spełnienie tych marzeń. A dane ono było Annie Beddingfeld - córce znanego antropologa, biednej jak mysz kościelna dziewczynie z zabitej deskami dziury w Królestwie Brytyjskim. Po śmierci papy Anna rzuca się w wir przygód stawiając wszystko na jedną kartę i jakąż wspaniałą przygodę przeżywa!

Zupełnie przypadkiem na stacji kolejowej staje się świadkiem wypadku - mężczyzna stojący niedaleko niej na peronie, wystraszony widokiem kogoś, kogo Annie nie udało się dostrzec, niefortunnie usiłuje cofnąć się, żeby zapewne uciec, i wpada na tory i ginie. Doktor udzielający mu pierwszej pomocy wydaje się Annie podejrzany, a w dodatku odchodząc gubi kartkę, którą - jak Anna sądzi - wyjął z kieszeni denata. Na kartce zapisane są cyfry i nazwa, które Annie nie dają spokoju - postanawia rozwiązać zagadkę tajemniczego mężczyzny, a to prowadzi ją do niespokojnej, targanej zamieszkami Afryki  Południowej.

Ta książka to nie tylko kryminał, w dodatku dobry. To przednia książka przygodowa. Wir wydarzeń, cudowne scenerie Afryki Południowej naprawdę zapierają dech. Opisy przedstawione są po mistrzowsku - wcale nie są naszpikowane szczegółami, ale przyprawiają czytelnika  skręt narządów wewnętrznych z zazdrości, że nie jest się na miejscu i nie widzi się tego, co bohaterowie. Intryga jest dobrze zawiązana, a losy bohaterów poznajemy z zapisów w dzienniku głównej bohaterki i sir Eustachego Pedlera - współtowarzysza jej podróży. Mam nadzieję na więcej takich podróży literackich w tym roku!

_______________________________________________________________
Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: 52 książki, Na tropie Agathy, Czytamy kryminały, Book-Trotter

poniedziałek, 28 stycznia 2013

"Kieszeń pełna żyta" - Agatha Christie

- Herbata... Co u diabła?... Co pani podała w herbacie?... Pomocy!... Lekarza!...
Panna Grosvenor umknęła z gabinetu. Nie była już wyniosłą złotowłosą sekretarką. Odmieniła się nagle w przerażoną zwyczajną kobietę, która do cna straciła głowę. W pokoju maszynistek zaczęła krzyczeć przeraźliwie:
- Pan Fortescue dostał jakiegoś ataku!... Umiera!... Trzeba zaraz wezwać lekarza... Wygląda okropnie... Kona!
Reakcja była natychmiastowa i bardzo różnorodna.
- Jeżeli to epilepsja, trzeba mu włożyć korek w usta - doradziła panna Bell, najmłodsza z maszynistek. - Kto ma korek?
Nikt nie miał korka.
- W jego wieku najprawdopodobniej apopleksja - orzekła panna Somers.
- Musimy wezwać doktora. Niezwłocznie! - podchwyciła panna Griffith, ale tym razem nie dopisała jej zwykła zaradność, gdyż w ciągu całych szesnastu lat pracy panny Griffith nigdy nie trzeba było wzywać lekarza do biura.

Fragment pochodzi z książki pt. "Kieszeń pełna żyta" autorstwa A. Christie wydanej w 1997 roku przez wydawnictwo Prószyński i S-ka.

"Kieszeń pełna żyta" to dość tragiczna historia rodziny Pana Fortescue. Pan Fortescue, bogaty przedsiębiorca, umiera nagle. Szybko okazuje się, że został otruty taksyną. Podejrzenia padają na jego młodą żonę i jej kochanka, ale w zasadzie pozostali członkowie rodziny i służba też są pod lupą policji. Sprawa się komplikuje, gdy w rezydencji Pana Fortescue, zwanej Domkiem pod Cisami, pojawiają się kolejne zwłoki. Nad sprawą pracuje inspektor Neele, a w sukurs przychodzi mu Panna Marple, która wyrasta nagle jakby spod ziemi.

Intryga, jak zwykle u Christie, jest dokładnie przemyślana i rozpracowana w taki sposób, byśmy przypadkiem nie domyślili się, kto stoi za nagłymi zejściami z tego świata kilku osób. Panna Marple, gdy wreszcie się pojawia, nie robi żadnego zamieszania, w sumie niewiele wiemy na temat tego, co robi, daje jednak niezwykle cenne wskazówki inspektorowi.

Kryminał trzyma w napięciu, ciekawi - i tego właśnie należy spodziewać się po Królowej Kryminałów, która żonglując różnymi  wątkami i tropami bawi się z nami w kotka i myszkę. I choć pałam głębokim uczuciem do niejakiego Pana H. Poirota, uważam "Kieszeń pełną żyta" za kawałek dobrej literatury na zimny styczniowy wieczór.

________________________________________________________________
Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: 52 książki, Na tropie Agathy, Czytamy kryminały, Book-Trotter

piątek, 25 stycznia 2013

"Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" - Stieg Larsson

 

Stieg Larsson urodził się 15 sierpnia 1954 roku w Skelleftehamm, zmarł nagle na zawał serca 9 listopada 2004 roku w Sztokholmie. Jako dziennikarz zajmował się rasizmem i prawicowym ekstremizmem, znany ze swoich lewicowych poglądów. Był redaktorem naczelnym trockistowskiej gazety Fjärde internationalen i fanem science-fiction. Przyczynił się do powstania szwedzkiej, antyfaszystowskiej fundacji Expo i magazynu Expo, w którym pełnił rolę naczelnego redaktora aż do śmierci. Długoletnia partnerka życiowa Larssona - Eva Gabrielsson - jest w posiadaniu jego laptopa z konspektem i dwustu stronami czwartej części Millenium.







Dziennikarz Mikael Blomkvist i researcherka Lisbeth Salander to tandem, który ma rozwikłać zagadkową zbrodnię z odległej przeszłości. On jako główny bohater nie jest szczególnie ciekawy, taki trochę bez wyrazu, ale dzięki temu nie przysłania sobą fascynującej i pierwszorzędnej historii klanu Vangerów. Ona - hakerka, outsiderka, nie da się jej nie lubić.

Wątków jest tu sporo - stan kurateli, naziści, pasje, bogactwo, dziennikarstwo, skomplikowane związki. W skrócie: współczesna Szwecja to niezbyt idylliczne miejsce. Rodziny poważane kryją mroczne tajemnice, trudno o prawdę w mediach, bo łatwo trafić za taką do więzienia. Larsson zwraca uwagę na to, czym zajmował się w swojej pracy - faszyści, naziści, przemoc wobec kobiet, ale to nie jest głównym atutem książki. 

Wciągająca, uzależniająca jak narkotyk opowieść kryminalna sprawia, że mimo, iż książka nie jest najmniejszej objętości, wcale nie ma się dosyć. Styl jest doskonały, a książka jednym z lepszych tego typu jakie udało mi się przeczytać.


______________________________________________________
Książka przeczytana w ramach wyzwań: 52 książki, Czytamy kryminały, Z półki

czwartek, 24 stycznia 2013

"Śmierć w Breslau" - Marek Krajewski

Kładąc się spać obok żony, nadsłuchiwał tykania zegara. Przed snem przypomniał sobie pewną scenę z młodości. Jako dwudziestoletni student przebywał w majątku dalekich krewnych pod Trzebnicą i flirtował z żoną zarządcy folwarku. W końcu po wielu nieudanych próbach umówił się z nią na schadzkę. Siedział na brzegu rzeki pod starym dębem, pewny, że dziś wreszcie nasyci się jej ponętnym ciałem. Paląc papierosa, przysłuchiwał się kłótni kilku wiejskich dziewczynek bawiących się po drugiej stronie rzeki. Okrutne istoty podniesionymi głosikami odpędzały kulawą dziewczynkę, nazywając ją kuternogą. Dziecko stało nad wodą i patrzyło w stronę Mocka. W  wyprostowanej ręce trzymało starą lalkę, pocerowana sukienka falowała na wietrze, glina powalała świeżo wypastowane buciki. Mock uświadomił sobie, że przypomina mu ptaka z przetrąconym skrzydłem.  Patrzył na dziewczynkę i nieoczekiwanie się rozpłakał.
Nie mógł stłumić płaczu i teraz. Żona mruknęła coś przez sen. Mock otworzył okno i wystawił na deszcz rozpaloną twarz. Marietta von der Malten była też kulawa i znał ją od dziecka.

 Fragment pochodzi z książki pt. "Śmierć w Breslau" autorstwa M. Krajewskiego wydanej przez Wydawnictwo Znak w 2010 roku.

Marek Krajewski urodził się 4 września 1966 roku we Wrocławiu. Z wykształcenia jest filologiem klasycznym. Wykładał na Uniwersytecie Wrocławskim. Otrzymał Paszport Polityki w 2005 roku. Trudnił się bibliotekarstwem, był sprzedawcą, magazynierem. Stworzył postać Eberharda Mocka, pracownika wrocławskiego Prezydium Policji oraz nadkomisarza Jarosława Patera i komisarza Edwarda Popielskiego.

Po "Śmierci w Breslau" wiele sobie obiecywałam i na dużo liczyłam. Historia brutalnego morderstwa córki bogatego i poważanego wrocławianina jest pretekstem do przedstawienia Eberharda Mocka. Trudno tak naprawdę powiedzieć kim jest Mock - policjantem, detektywem, łajdakiem, egoistą? Trudno też powiedzieć czy da się go lubić. Konszachty, podejrzane interesy, łapanie haka na każdego, bezsilność w różnych sprawach sprawiają, że główny bohater może i jest bardziej ludzki, w końcu wszyscy mamy jakieś ułomności, ale też znacząco odbiega od bohaterów, z którymi chcielibyśmy się identyfikować, którym kibicujemy. 

Historia przedstawiona w książce jest, owszem, dobra, a nawet bardzo dobra - zdarzenia i postaci albo nas denerwują albo odpowiadają, ale dają do myślenia. Atmosfera jest bardzo mroczna, a klimatyczny Wrocław lat trzydziestych ubiegłego wieku przedstawiony z drobnymi nawet szczegółami. Taka dokładność topograficzna jednak mnie wydała się przesadą. Książka nie rzuciła mnie na kolana, nie wciągnęła do środka, jak zdarza się często w przypadku kryminałów. Ale warto sięgnąć po tę pozycję choćby po to, by poznać alternatywę dla uładnionych i stereotypowych książek z dreszczykiem.

____________________________________________________________________________
Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: 52 książki, Z literą w tle, Czytamy kryminały, Polacy nie gęsi

czwartek, 10 stycznia 2013

"Wiersze" - Jonasz Kofta

Pamiętajcie o ogrodach
Czy tak trudno być poetą
W żar epoki nie użyczy wam chłodu
Żaden schron, żaden beton

Kroplą pamięci
Nicią pajęczą
Zapachem bzu
Wiesz już na pewno
Świeżością rzewną
To właśnie tu

Pamiętajcie o ogrodach
Przecież stamtąd przyszliście
W żar epoki użyczą wam chłodu
Tylko drzewa, tylko liście



Fragment wiersza "Pamiętajcie o ogrodach" autorstwa J. Kofty pochodzi z książki pt. "Wiersze" wydanej w 1996 roku przez Wydawnictwo C&T.


Jonasz Kofta urodził się 28 listopada 1942 roku w Mizoczu, zmarł 19 kwietnia 1988 roku w Warszawie. Studiował na Wydziale Malarstwa w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. W 1962 roku założył kabaret Centralnego Klubu Studentów Warszawy "Hybrydy" wraz z Janem Pietrzakiem i Adamem Kreczmarem. Publikował w "Szpilkach", "Radarze", "Płomyku", "ITD." Współpracował z radiową "Trójką", która w 1994 roku ustanowiła nagrodę "Jonasz" w kategorii twórczości kabaretowej i literackiej. Znany jest głównie jako autor tekstów bardzo popularnych przebojów. Cierpiał na chorobę nowotworową, którą udało mu się pokonać. Zmarł w wyniku powikłań po zakrztuszeniu się.

Poezje Kofty zna chyba każdy Polak, niekoniecznie koneser poezji. Myślę, że większość osób swoje pierwsze spotkanie z Koftą zawdzięcza jakiejś piosence. A te piosenki są niezapomniane i to przede wszystkim dzięki przejmującym tekstom.

Tomik zawiera takie właśnie, chwilami przyprawiające o dreszcze, mądre, niebanalne utwory, w tym takie jak "Pamiętajcie o ogrodach", "Samba przed rozstaniem" czy "Jej portret". Tchną nadzieją, mówią o miłości, rozstaniach i mają w sobie nerw, który nie pozwala zapomnieć o nich ot tak. Są wręcz nie do zapomnienia.

_______________________________________________________________________
Książka przeczytana w ramach wyzwań: 52 książki, Z literą w tle, Polacy nie gęsi

poniedziałek, 7 stycznia 2013

"Na jagody" - Maria Konopnicka

Ledwo ranne słonko wstało,
Patrzcie tylko, już jest w lesie!
Między sosny idzie śmiało,
Dwie krobeczki w ręku niesie;
Kapelusik wziął czerwony,
Żeby go się bały wrony,
A choć serce mu kołata,
Nic nie pyta! kawał chwata!
– Na bok, tarnie i wikliny!
Dziś są Mamy imieniny:
Niespodziankę Mamie zrobię,
Jagód zbiorę w krobki obie,
Leśna rosa je obmyje,
Paprociany liść nakryje.
Ciszkiem, chyłkiem po polanie
Wrócę, zanim Mama wstanie,
No, i będzie niespodzianka:
Dar od boru i od Janka!


Fragment pochodzi z książki pt. "Na jagody" autorstwa M. Konopnickiej wydanej przez Wydawnictwo SPES w 2010 roku.

Maria Konopnicka urodziła się 23 maja 1842 roku w Suwałkach, zmarła 8 października 1910 roku we Lwowie. Używała licznych pseudonimów jak Jan Sawa, Marko, Piotr Surma, Jan Waręż. Debiutowała w 1870 w piśmie „Kaliszanin”. Od 1875 pisała wiersze, nowele, artykuły, recenzje i przekłady, które ukazywały się w prasie wszystkich zaborów i na emigracji. Po 1890 przebywała w Niemczech, Austrii, Szwajcarii i we Włoszech. Współorganizowała protest światowej opinii publicznej przeciw pruskim represjom wobec dzieci polskich we Wrześni i ustawom wywłaszczeniowym w Wielkopolsce. W 1903 w 25-lecie pracy literackiej otrzymała w darze od narodu dworek w Żarnowcu. Znaczną część jej obszernego dorobku stanowią utwory nowelistyczne. W twórczości tej poruszała, zgodnie z wymogami realizmu pozytywistycznego, kwestie nierówności i niesprawiedliwości społecznej, niedolę chłopską, sprawy związane z prześladowaniami narodowymi i religijnymi. Jest autorką słynnej „Roty”, jednego z najsłynniejszych wierszy narodowych. 

"Na jagody" to, jak zapewne wszyscy przypominają sobie z wczesnych lat szkolnych, krótki utwór wierszowany opowiadający historię Janka, który wybrał się o świcie poszukać jagód na imieniny mamy. Rozglądając się za owocami dostrzegł Krasnoludka, który okazuje się być Jagodowym królem i wprowadza Janka do swojego jagodowego królestwa pełnego czarów i dziwów.

Z góry muszę się przyznać, że pozytywizm nie należy do moich ulubionych nurtów w literaturze, powiem nawet, że jest tym najmniej ulubionym, a nawet jak się zastanowić - nielubianym. Staram się nie traktować autorów pozytywistycznych po macoszemu, ale jestem tylko człowiekiem i trudno mi z własnej woli sięgać po coś, co na samą myśl o tym wywołuje u mnie nerwowe wzdrygnięcia. Jednak czym innym są przepełnione żalem i bólem nowele, a czym innym utwory dla dzieci. 

Całkiem niedawno czytałam "Podróż w krainę drzew" Le Clezio - też dla dzieci, też o tajemnicach kryjących się w lesie. Jednak Le Clezio nie udało się nawet w małym ułamku wprowadzić takiego klimatu, który przepełnia utwór Konopnickiej. Konopnicka miała sześcioro dzieci, miała zatem dla kogo pisać i robiła to z wdziękiem i fantazją. "Na jagody" przepełnione jest niesamowitym klimatem, ciepłem. Autorka malowniczo ukazuje przygody Janka w lesie, w sposób, który dzięki właściwej interpretacji z pewnością spodoba się dzieciom, a jeszcze bardziej dorosłym, tęskniącym za okruchami dziecięcej beztroski i głowy pełnej marzeń.

_________________________________________________________________________
Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: 52 książki, Z literą w tle, Polacy nie gęsi

piątek, 4 stycznia 2013

"Dziesięciu Murzynków" - Agatha Christie

Dziesięć małych Murzyniątek
Jadło obiad w Murzyniewie,
Wtem się jedno zakrztusiło –
I zostało tylko dziewięć.
Dziewięć małych Murzyniątek
Poszło spać o nocnej rosie,
Ale jedno z nich zaspało –
I zostało tylko osiem.
Rzekło osiem Murzyniątek:
Ach, ten Devon - to jest Eden,
Jedno z nich się osiedliło –
I zostało tylko siedem.
Siedem małych Murzyniątek
Chciało drwa do kuchni znieść;
Jedno się rąbnęło w głowę –
I zostało tylko sześć.
Sześć malutkich Murzyniątek
na miód słodki miało chęć,
Jedno z nich ukłuła pszczółka –
I zostało tylko piec.
Piec malutkich Murzyniątek
Adwokackiej chce kariery.
Jedno się odziało w togę –
I zostały tylko cztery.
Cztery małe Murzyniątka
Brzegiem morza sobie szły,
Jedno połknął śledź czerwony –
I zostały tylko trzy.
Trzy malutkie Murzyniątka
Poszły w las pewnego dnia;
Jedno poturbował niedźwiedź –
I zostały tylko dwa.
Dwu malutkim Murzyniątkom
W słońcu minki coraz rzędną...
Jedno zmarło z porażenia –
I zostało tylko jedno.
Jedno małe Murzyniątko
Poszło teraz w cichy kątek,
Gdzie się z żalu powiesiło –
Ot, i koniec Murzyniątek.

 Fragment pochodzi z książki pt. "Dziesięciu Murzynków" A. Christie wydanej przez Wydawnictwo Hachette w 2001 roku.

Do rezydencji na Wyspie Murzynków przybywa dziesięć osób: małżeństwo służących, nauczycielka, lekarz, sędzia, były policjant, stara dewotka, generał, młody gniewny i podejrzanej nieco proweniencji typek. Przybywają na zaproszenie Pani Owen lub Pana Owena, podpisujących się najczęściej U.N. Owen. Niektórzy z nich przyjeżdżają, ponieważ mają rozpocząć pracę, inni spotkać starych znajomych. Na miejscu okazuje się, że właścicieli nie ma, dotrą następnego dnia. Goście zostają poczęstowani obiadem, a na stole zauważają dziesięć uroczych figurek Murzynków. Potem podczas poobiedniego poczęstunku wysłuchują oskarżenia. Tajemniczy głos oskarża każdego z nich o popełnienie morderstwa lub przyczynienie się do czyjejś śmierci. Niedługo potem jeden z nich umiera zadławiwszy się. Goście orientują się dość szybko, że są w niebezpieczeństwie, a następujące jedno po drugim morderstwa mają wiele wspólnego z wierszykiem o Murzynkach...

Uważanych za najlepszą książkę w dorobku Christie "Dziesięciu Murzynków" nosi wszelkie znamiona arcydzieła w dziedzinie kryminału. Izolacja, różne tropy, wewnętrzne monologi dają pole do popisu dla talentów detektywistycznych czytelników. Choć jak zwykle zakończenie jest zaskakujące.

Gdy tylko przeczytałam książkę, nie mogłam się powstrzymać od porównania z "Siedem", tym filmem. Pamiętam jak swego czasu nie mogłam wyjść z podziwu dla geniuszu scenarzysty. Kolejne zbrodnie nawiązujące do 7 grzechów głównych, umiejscowienie w tym autora tychże, wydało mi się po prostu idealne. Teraz już mam pewność, że znam ulubioną książkę tego scenarzysty, ponieważ intryga "Dziesięciu Murzynków" jest perfekcyjna.
 ___________________________________________________________________
Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: 52 książki, Na tropie Agathy, Czytamy kryminały

wtorek, 1 stycznia 2013

"Entliczek pentliczek" - Agatha Christie




Poirot przymknął oczy. W wyobraźni dostrzegał ni mniej, ni więcej, tylko kalejdoskop. Kawałki pociętych apaszek i plecaków, książki kucharskie, szminki, sole kąpielowe, imiona i miniaturowe portrety różnych studentów. Żadnej spójności czy uszeregowania. Nie powiązane wypadki i osoby wirowały w przestrzeni. Ale Poirot dobrze wiedział, że gdzieś musi być jakiś wzór. Może więcej niż jeden. Może za każdym potrząśnięciem kalejdoskopu otrzymywało się inny wzór… Problem polegał na tym, skąd zacząć…
Otworzył oczy.
— Sprawa wymaga przemyślenia. Głębokiego przemyślenia.
— Och, z całą pewnością, monsieur Poirot — zgodziła się gorliwie pani Hubbard — z pewnością też nie chciałabym sprawiać panu kłopotu.
— Nie sprawia mi pani kłopotu. Jestem zaintrygowany. Ale podczas gdy ja oddam się rozmyślaniom, możemy rozpocząć pewne praktyczne działania. Na początek… Ten pantofelek, wieczorowy pantofelek… możemy zacząć od niego. Panno Lemon…

Fragment pochodzi z ksiązki pt. "Entliczek pentliczek" autorstwa A. Christie wydanej w 2001 roku przez wydawnictwo Hachette. 

W pewnym pensjonacie dochodzi do serii zaginięć dziwnych, z pozoru niezwiązanych ze sobą w żaden sposób przedmiotów. Zmartwiona jest panna Lemon, sekretarka Poirota, a to dlatego, że pensjonat prowadzi jej siostra. Poirot przygląda się tej niby błahej sprawie i dochodzi do wniosku, że kryje się za tym coś znacznie poważniejszego. A tymczasem w pensjonacie dochodzi do morderstwa...

Tak to się pokrótce zaczyna. Pani Christie jak zwykle nie szczędzi nam różnych szczegółów, podaje różne tropy, my dajemy się porwać szalonej dedukcji, a na końcu i tak widzimy figę z makiem. Kryminał łyka się niczym najlepsze cukierki, bo akcja wciąga i to niesamowicie - autorka dobrze wie, co zrobić, by zaciekawić czytelnika. 

Mam jednak, po drugiej już przygodzie z książką Christie wydanej przez Hachette, zastrzeżenia co do wydania właśnie. Błędy zdarzają się każdemu i wszędzie, owszem, ale sugestia, że to siostra panny Lemon jest właścicielką pensjonatu, w którym dzieje się akcja powieści, nie powinna się przytrafić, zwłaszcza w opisie na okładce książki...

 _____________________________________________________________________________
Książka przeczytana w ramach wyzwań: 52 książki, Z literą w tle, Z półki, Na tropie Agathy