czwartek, 24 stycznia 2013

"Śmierć w Breslau" - Marek Krajewski

Kładąc się spać obok żony, nadsłuchiwał tykania zegara. Przed snem przypomniał sobie pewną scenę z młodości. Jako dwudziestoletni student przebywał w majątku dalekich krewnych pod Trzebnicą i flirtował z żoną zarządcy folwarku. W końcu po wielu nieudanych próbach umówił się z nią na schadzkę. Siedział na brzegu rzeki pod starym dębem, pewny, że dziś wreszcie nasyci się jej ponętnym ciałem. Paląc papierosa, przysłuchiwał się kłótni kilku wiejskich dziewczynek bawiących się po drugiej stronie rzeki. Okrutne istoty podniesionymi głosikami odpędzały kulawą dziewczynkę, nazywając ją kuternogą. Dziecko stało nad wodą i patrzyło w stronę Mocka. W  wyprostowanej ręce trzymało starą lalkę, pocerowana sukienka falowała na wietrze, glina powalała świeżo wypastowane buciki. Mock uświadomił sobie, że przypomina mu ptaka z przetrąconym skrzydłem.  Patrzył na dziewczynkę i nieoczekiwanie się rozpłakał.
Nie mógł stłumić płaczu i teraz. Żona mruknęła coś przez sen. Mock otworzył okno i wystawił na deszcz rozpaloną twarz. Marietta von der Malten była też kulawa i znał ją od dziecka.

 Fragment pochodzi z książki pt. "Śmierć w Breslau" autorstwa M. Krajewskiego wydanej przez Wydawnictwo Znak w 2010 roku.

Marek Krajewski urodził się 4 września 1966 roku we Wrocławiu. Z wykształcenia jest filologiem klasycznym. Wykładał na Uniwersytecie Wrocławskim. Otrzymał Paszport Polityki w 2005 roku. Trudnił się bibliotekarstwem, był sprzedawcą, magazynierem. Stworzył postać Eberharda Mocka, pracownika wrocławskiego Prezydium Policji oraz nadkomisarza Jarosława Patera i komisarza Edwarda Popielskiego.

Po "Śmierci w Breslau" wiele sobie obiecywałam i na dużo liczyłam. Historia brutalnego morderstwa córki bogatego i poważanego wrocławianina jest pretekstem do przedstawienia Eberharda Mocka. Trudno tak naprawdę powiedzieć kim jest Mock - policjantem, detektywem, łajdakiem, egoistą? Trudno też powiedzieć czy da się go lubić. Konszachty, podejrzane interesy, łapanie haka na każdego, bezsilność w różnych sprawach sprawiają, że główny bohater może i jest bardziej ludzki, w końcu wszyscy mamy jakieś ułomności, ale też znacząco odbiega od bohaterów, z którymi chcielibyśmy się identyfikować, którym kibicujemy. 

Historia przedstawiona w książce jest, owszem, dobra, a nawet bardzo dobra - zdarzenia i postaci albo nas denerwują albo odpowiadają, ale dają do myślenia. Atmosfera jest bardzo mroczna, a klimatyczny Wrocław lat trzydziestych ubiegłego wieku przedstawiony z drobnymi nawet szczegółami. Taka dokładność topograficzna jednak mnie wydała się przesadą. Książka nie rzuciła mnie na kolana, nie wciągnęła do środka, jak zdarza się często w przypadku kryminałów. Ale warto sięgnąć po tę pozycję choćby po to, by poznać alternatywę dla uładnionych i stereotypowych książek z dreszczykiem.

____________________________________________________________________________
Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: 52 książki, Z literą w tle, Czytamy kryminały, Polacy nie gęsi

1 komentarz:

  1. Krajewski pojawił się znów na blogach. Budzi różne emocje, a komisarz Mock jak zawsze fascynuje i stawia pytanie przed czytelnikiem: Zgadnij, kim jestem :-)

    OdpowiedzUsuń